PODSUMOWANIE 10 KOLEJKI SPEEDWAY EKSTRALIGI CZ. 1

Podsumowanie speedway ekstraligi runda 10. Wyniki meczów 10 rundy speedway ekstraligi.
Fot: Speedway-typer.pl team

Nokaut na Motoarenie: Toruńska nawałnica odprawiła bezradny Włókniarz Częstochowa 

Dziesiąta runda zmagań w żużlowej PGE Ekstralidze potoczyła się w pełni pod dyktando faworytów. Ekipa Pres Grupy Deweloperskiej Toruń w widowiskowym i bezwzględnym stylu odprawiła Krono-Plast Włókniarz Częstochowa, nie pozostawiając rywalom żadnych złudzeń. Po spektakularnym rozniesieniu Orlen Oil Motoru Lublin przed tygodniem, torunianie poszli za ciosem, serwując swoim kibicom kolejne jednostronne widowisko na Motoarenie.

Rywalizacja toczyła się w warunkach ekstremalnego, piątkowego upału, który ogarnął cały kraj. O ile wysoka temperatura mogła zwiastować trudne warunki torowe, o tyle na samej Motoarenie prawdziwy ogień rozpalili wyłącznie gospodarze. Częstochowianie przyjechali do Torunia z fatalnym bilansem dziewięciu porażek w dziewięciu dotychczasowych potyczkach i statusem czerwonej latarni ligi. Liczenie na sportowy przełom w starciu z tak dysponowanym rywalem graniczyło z cudem, w który wierzyli wyłącznie najbardziej zagorzali optymiści spod Jasnej Góry.

Miejscowi od pierwszego wyścigu narzucili swoje warunki gry. Choć zawodnicy Włókniarza prowadzeni przez Mariusza Staszewskiego momentami popisywali się niezłym refleksem pod taśmą lub potrafili optymalnie rozegrać pierwszy łuk, ich radość trwała krótko. Przewaga prędkości torunian była przygniatająca – najczęściej już na drugim okrążeniu gospodarze przesądzali losy biegów na swoją korzyść, bez problemu mijając rywali na dystansie. W biegu otwarcia dobrze wystartował co prawda Rohan Tungate, trzymając się krawężnika, lecz ostatecznie musiał uznać wyższość Patryka Dudka. Ambitnie goniący go Norick Blödorn dwoił się i troił, jednak jego ataki na punktowaną pozycję okazały się bezskuteczne.

Goście rzadko kiedy dopisywali do swojego konta cokolwiek poza punktem za trzecią lokatę. Jednym z nielicznych wyjątków był piąty bieg, w którym po słabszym momencie startowym Antoni Kawczyński spadł na sam koniec stawki. Choć młody żużlowiec walczył zaciekle, nie zdołał wyprzedzić żadnego z przeciwników, przez co wyścig zakończył się podziałem punktów 3:3. Były to jednak wyłącznie odosobnione zrywy.

Po dziesięciu biegach tablica wyników wskazywała miażdżące 45:15 dla gospodarzy. Spotkanie stało się tak jednostronne, że kibice mogli wpisywać rezultaty do programów meczowych jeszcze przed zwolnieniem taśmy startowej. Tak gigantyczna przewaga zrodziła naturalne oczekiwania wśród toruńskiej publiczności. Fani liczyli na to, że sztab szkoleniowy da szansę zaprezentowania się juniorom oraz rezerwowemu Nicolaiowi Heiselbergowi, który zbiera świetne recenzje w rozgrywkach U-24 Ekstraligi.

Decyzja menedżera wywołała jednak spore zaskoczenie i irytację części fanów – liderzy Torunia nie oddawali swoich biegów, ścigając się w najsilniejszym zestawieniu do samego końca w celu śrubowania wyniku. Ostatecznie Heiselberg w ogóle nie wyjechał na tor, a jedyną roszadą było pojawienie się Mikołaja Duchińskiego za Emila Sajfutdinowa w piętnastej odsłonie dnia.

Zamiast młodzieżowych eksperymentów kibice oglądali dalszą bezradność przyjezdnych, wśród których żaden zawodnik nie zdołał wygrać ani jednego wyścigu indywidualnie. Postawa zespołu z Częstochowy oraz poziom tego widowiska wyraźnie obniżyły prestiż, jaki powinien towarzyszyć rozgrywkom najlepszej ligi świata.

Symbolem totalnej kapitulacji gości stał się Mikkel Michelsen. Duńczyk, który notuje skrajnie przeciętny sezon, w 11. biegu po udanym starcie pokazał szczyt nieporadności na dystansie. W ciągu zaledwie jednego okrążenia spadł z prowadzenia na ostatnie miejsce, borykając się bardziej z własnym motocyklem niż z atakami rywali, i zjechał do mety w spacerowym tempie z opuszczoną głową.

Jedynym momentem autentycznego entuzjazmu na trybunach, poza seryjnymi wygranymi liderów, był wyścig dwunasty. To wtedy młodzieżowy duet Blödorn-Kawczyński w pięknym stylu i bezapelacyjnie zdeklasował Jaimona Lidseya, który startował w ramach rezerwy taktycznej. Pokazało to, że przy odrobinie zaufania toruńska młodzież była w stanie seryjnie punktować na tle tak słabego przeciwnika. Ostatecznie aż trzech zawodników gospodarzy zakończyło mecz z czystymi kompletami punktów, pieczętując totalny pogrom.

Plusy i Minusy spotkania

Plusy:

Absolutna dominacja liderów Torunia: Aż trzech zawodników gospodarzy zakończyło spotkanie z nieskazitelnymi kompletami punktów, co pokazuje ich perfekcyjne dopasowanie sprzętowe.

Błysk toruńskiego duetu juniorskiego: Kapitalna postawa pary Blödorn-Kawczyński w 12. biegu. Bezapelacyjne podwójne zwycięstwo nad doświadczonym Lidseyem wywołało największy aplauz na trybunach.

Prędkość i skuteczność na dystansie: Ogromna łatwość torunian w odzyskiwaniu pozycji. Nawet przy gorszych startach, gospodarze mijali rywali najczęściej już na drugim okrążeniu.

Minusy:

Kompromitacja sportowa Włókniarza: Brak choćby jednego indywidualnego zwycięstwa biegowego przez cały mecz obnaża totalny rozkład formy i potężny kryzys w zespole z Częstochowy.

Dramatyczna postawa Mikkela Michelsena: Duńczyk w 11. wyścigu zaprezentował apogeum bezradności, tracąc bezpieczną pozycję lidera na rzecz ostatniej lokaty z powodu problemów sprzętowych.

Blokowanie szans dla zaplecza: Decyzja sztabu Torunia o kompletnym zignorowaniu rezerwowego Heiselberga i oszczędnym dawaniu szans juniorom kosztem "nabijania punktów" przez seniorów wywołała uzasadnioną irytację kibiców.

Strategiczny triumf Sparty i rozczarowanie lidera. GKM Grudziądz wyjeżdża z Wrocławia z niczym 

Zapowiadany jako absolutny hit kolejki pojedynek pomiędzy Betard Spartą Wrocław a Bayersystem GKM-em Grudziądz nie dostarczył oczekiwanych emocji w kontekście końcowego rezultatu. Choć na torze nie brakowało widowiskowych mijanek, ostateczny wynik 51:39 dobitnie pokazał, kto na ten moment rozdaje karty w PGE Ekstralidze. Wrocławianie nie tylko bezdyskusyjnie zgarnęli dwa punkty meczowe, ale z nawiązką odrobili sześcipunktową stratę z pierwszego starcia, przejmując pozycję lidera rozgrywek.

Początek spotkania dawał nadzieję na wyrównaną batalię. Podopieczni Roberta Kościechy przyjechali na Dolny Śląsk z jasnym planem obrony zaliczki z własnego toru. Pierwsza seria startów pokazała, że grudziądzanie potrafią odnaleźć się na wrocławskiej nawierzchni, czego efektem był remis po czterech wyścigach. Goście mogli nawet prowadzić, jednak ich główną bolączką okazała się nieskuteczna jazda na dystansie i łatwe oddawanie wywalczonych na starcie pozycji.

Kluczowa dla losów całego dwumeczu okazała się druga faza zawodów. Gospodarze błyskawicznie wyciągnęli wnioski ze startu spotkania, podczas gdy żużlowcy z Grudziądza kompletnie pogubili się z ustawieniami motocykli. Sparta w widowiskowy sposób odskoczyła rywalom na osiem punktów. Formą imponowało przede wszystkim niezawodne trio: powracający po urazie Artiom Łaguta, Jaimon Kurtz oraz Maciej Janowski. Bardzo cenne punkty dorzucali także juniorzy oraz Bartłomiej Kowalski, a powrót do składu Mikkela Andersena okazał się strzałem w dziesiątkę – młody zawodnik już w swoim pierwszym starcie popisał się fantastycznym atakiem pod Bastiana Pedersena. Co warte podkreślenia, wrocławianie dokonali tego będąc wciąż osłabionymi brakiem Daniela Bewleya.

Wyraźne pretensje po meczu można mieć do managera gości, Roberta Kościechy. Szkoleniowiec GKM-u ewidentnie spóźnił się z reakcją w trzeciej serii startów, kiedy wrocławianie budowali decydującą przewagę. Brak manewrów taktycznych przy jednoczesnej zapaści formy dotychczasowych liderów – Michaela Jepsena Jensena oraz Kevina Małkiewicza – przesądził o utracie szans na punkt bonusowy już po 10. biegu.

Paradoksalnie, trener przyjezdnych wykazał się ogromną intuicją wobec Maksyma Drabika. Mimo fatalnego początku i przegranych z niżej notowanymi rywalami, Kościecha nie zastąpił go rezerwą, dając mu kolejną szansę. Drabik odwdzięczył się kapitalną jazdą w drugiej części zawodów, stając się jedynym zawodnikiem GKM-u zdolnym do nawiązania walki ze Spartą. Gdy jednak Drabik zaczął wygrywać, całkowicie zgasł Michael Jepsen Jensen, który zaliczył bezbarwny występ, w jednym z biegów przyjeżdżając daleko za stawką. Słabo spisał się też Max Fricke.

Podwójne zwycięstwo grudziądzan w 11. biegu było jedynie chwilowym zrywem. Choć w czwartej serii sztab gości w końcu uruchomił rezerwy taktyczne, strata była zbyt duża. Sparta przypieczętowała meczowe zwycięstwo po 12. wyścigu, a pełną pulę trzech punktów zapewniła sobie w biegu 14. Ozdobą spotkania była ostatnia gonitwa dnia, w której walczący o honor gości Drabik niemal na kresce uległ Maciejowi Janowskiemu, co musiała rozstrzygać fotokomórka. W tym biegu nie oglądaliśmy już oszczędzanego po kontuzji Artioma Łaguty.

Plusy i minusy spotkania

Plusy

Siła rażenia liderów: Świetna i stabilna dyspozycja trio Łaguta, Kurtz, Janowski.

Udane powroty: Bardzo dobre występy Łaguty oraz Andersena bezpośrednio po przebytych kontuzjach.

Znakomita druga linia podopiecznych Piotra Protasiewicza: Kluczowe punkty wywalczone przez formację juniorską i Kowalskiego.

Pozycja lidera WTS-u: Awans na pierwsze miejsce w tabeli PGE Ekstraligi pomimo braku kontuzjowanego Daniela Bewleya.

Przebudzenie Drabika: Znakomity powrót do rywalizacji w drugiej fazie meczu po fatalnym początku (wygrane walki na dystansie).

Udany początek GKM-u: Dobra i odważna pierwsza seria startów zwieńczona remisowym wynikiem.

Minusy

Błędy sztabu szkoleniowego: Przespane rezerwy taktyczne trenera Kościechy w kluczowej, trzeciej serii startów.

Zapaść liderów: Katastrofalny i bezbarwny występ Jepsena Jensena oraz całkowicie niewidoczny na torze Max Fricke.

Słaba jazda na dystansie Grudziądzan: Wyraźne problemy z utrzymaniem pozycji startowych i łatwe tracenie punktów na trasie w środkowej fazie meczu.

Chwila dekoncentracji: Oddanie podwójnego zwycięstwa przez Wrocławian (1:5) rywalom w 11. biegu meczu.