PODSUMOWANIE 9. RUNDY PGE EKSTRALIGI.

Wyniki 9 rundy PGE Ekstraligi
Fot: Speedway-typer.pl team

Pyrrusowe triumfy Unii i niewytłumaczalny paraliż Włókniarza.

Spotkania PGE Ekstraligi rzadko kiedy dostarczają tak skrajnych emocji i tak nieprzewidywalnych zwrotów akcji, jak starcie Krono-Plast Włókniarza Częstochowa z Fogo Unią Leszno. Choć końcowy rezultat 52:38 na korzyść gości sugeruje pełną dominację, to kulisy tego meczu kryją w sobie ogromną dramaturgię, kuriozalne błędy oraz kompletną sportową kompromitację gospodarzy w kluczowej fazie pojedynku.
Mecz od samego początku niemiłosiernie się ślimaczył, a rozegranie samej pierwszej serii zajęło arbitrowi i zawodnikom aż 47 minut (pierwsze cztery biegi trwały blisko godzinę). Fogo Unia Leszno, opromieniona wcześniejszym efektownym triumfem nad mistrzami z Torunia, mocno otworzyła spotkanie podwójnym zwycięstwem w pierwszym wyścigu. Chwilę później tor zamienił się jednak w arenę walki o przetrwanie.
W drugim biegu Emil Konieczny wykazał się kompletnym brakiem cierpliwości, brawurowo atakując Franciszka Karczewskiego, co skończyło się groźnym karambolem i wykluczeniem Leszczynianina, ukaranego dodatkowo żółtą kartką. Kolejne kontrowersje przyniosła czwarta gonitwa – Grzegorz Zengota ostro wypchnął z krawężnika Szymona Ludwiczaka, w którego plecy wjechał Nazar Parnicki. W opinii ekspertów, w tym legendarnego Marka Cieślaka, Zengota kwalifikował się w tej sytuacji do bezwzględnego wykluczenia. Choć zawodnicy wracali do parku maszyn o własnych siłach, nerwowa atmosfera gęstniała z minuty na minutę.
Do dziewiątego biegu kibice pod Jasną Górą mogli przecierać oczy ze zdumienia. Częstochowianie jechali najlepsze zawody w tym sezonie, skutecznie stawiając opór faworyzowanej Unii, a tablica wyników długo oscylowała wokół remisu. Wtedy doszło do kluczowego i zarazem najbardziej dramatycznego momentu zawodów.
W dziewiątym biegu Keynan Rew popełnił fatalny błąd na pierwszym łuku – stracił kontrolę nad motocyklem przy krawężniku i staranował swojego klubowego kolegę oraz kapitana, Janusza Kołodzieja. Efekt? Kołodziej opuścił stadion z podejrzeniem złamania obojczyka. W tym momencie, przy stanie permanentnego osłabienia gości i poobijanym Australijczyku Rew, Włókniarz miał podane zwycięstwo na tacy. Stało się jednak coś absolutnie odwrotnego i niewytłumaczalnego z perspektywy czysto sportowej.
Zamiast pójść za ciosem, Krono-Plast Włókniarz w zasadzie stanął w miejscu, jakby zawodnikom nagle „odcięło prąd”. Biegi numer 10 i 11 to absolutna kompromitacja gospodarzy, którzy dali się podwójnie ograć przetrzebionej Unii. Rolę lidera po stracie Kołodzieja fantastycznie przejął młody Nazar Parnicki, a cenne punkty dorzucili Ben Cook i Piotr Pawlicki.
Apogeum niemocy gospodarzy nastąpiło w 13. wyścigu, gdzie na ostatnim łuku Pawlicki z Cookem bezlitośnie minęli Madsa Hansena niczym slalomową tyczkę, pieczętując triumf meczowy Unii (46:32 przed biegami nominowanymi). Obrazu nędzy dopełniła sytuacja z 12. biegu, gdzie Jakub Miśkowiak w bezsensowny sposób zajechał drogę własnemu juniorowi, Szymonowi Ludwiczakowi, o mało nie doprowadzając do tragedii przy bandzie. Miśkowiak zarobił żółtą kartkę i został odsunięty od biegów nominowanych.
Dla Unii to sukces o gorzkim smaku – trzy duże punkty mocno przybliżają ich do fazy play-off, lecz absencja Kołodzieja stawia pod znakiem zapytania ich dalszy potencjał. Z kolei w Częstochowie panują minorowe nastroje. Nieliczni kibice obecni na stadionie jednoznacznie wyrazili swoją frustrację, a postępujący bojkot frekwencyjny zwiastuje potężne kłopoty finansowe i wizerunkowe Włókniarza.
Plusy i Minusy spotkania
Plusy:
Niezłomny charakter Unii: Zespół potrafił wznieść się na wyżyny i zdominować rywala po stracie swojego bezdyskusyjnego lidera.
Przebudzenie Parnickiego i Cooka: Doskonale załatali lukę po Kołodzieju, wykazując się ogromnym sprytem i determinacją w kluczowych momentach.
Ambitny Szymon Ludwiczak: Jeden z nielicznych jasnych punktów Włókniarza; mimo agresywnej jazdy rywali i... własnego kolegi z pary, walczył do końca.
Minusy:
Dramat kadrowy Kołodzieja: Fatalny w skutkach błąd Rew eliminuje kapitana drużyny z Leszna z podejrzeniem złamania obojczyka.
Kompromitacja taktyczna Włókniarza: Oddanie meczu na własnym torze od 9. biegu i traktowanie rywali jak "tyczek slalomowych".
Kuriozalna postawa Miśkowiaka: Agresywna, bezsensowna walka z juniorami z własnego klubu, zwieńczona żółtą kartką i odsunięciem od biegów nominowanych.
Zapaść frekwencyjna: Puste trybuny częstochowskiego stadionu dowodzą, że zniecierpliwieni kibice odwracają się od drużyny, co uderza w klubowy budżet.

Lider sprowadzony na ziemię! Stal Gorzów nokautuje GKM Grudziądz.

Przedmeczowe zapowiedzi trenera Roberta Kościechy o przełamaniu historycznej klątwy i zdobyciu Gorzowa można włożyć między bajki. Naszpikowany dziurami skład Bayersystem GKM-u Grudziądz został brutalnie obnażony przez świetnie dysponowaną Gezet Stal. Gorzowianie wygrali zaskakująco łatwo 54:36, zgarniając pełną pulę wraz z punktem bonusowym. Co ten mecz mówi nam o formie obu ekip w kontekście nadchodzących kuponów? Zapraszamy na analizę.
Grudziądzanie, jako liderzy PGE Ekstraligi, przyjechali na lubuski owal z nadziejami. Iskierka nadziei rozpaliła się w biegu młodzieżowym, po którym goście wyszli na chwilowe prowadzenie. Jak się później okazało – były to miłe złego początki.
Kluczowym aktorem pierwszej połowy zawodów okazał się Maksym Drabik. Jego postawa na torze była dla GKM-u gwoździem do trumny. Zawodnik nie tylko przyjeżdżał na końcu stawki, ale tracił do rywali gigantyczny dystans. Stal skwapliwie wykorzystała niedyspozycję Drabika, aplikując rywalom dwa bolesne ciosy w stosunku 1:5. Po 8. biegu przewaga gospodarzy wynosiła już sześć punktów, a trybuny eksplodowały, gdy młodzieżowiec Oskar Paluch w pięknym stylu ograł na dystansie parę Jepsen Jensen – Fricke.
GKM próbował szukać punktów zwrotnych. Blisko sukcesu było w 11. wyścigu, gdzie para Stalowców Holder – Pollestad prowadziła podwójnie. Świetną robotę taktyczną wykonał Pollestad, który umiejętnie ubezpieczał kolegę z pary. Ostatecznie kapitalną szarżą na samej kresce popisał się Wadim Tarasienko, wyprzedzając Norwega i ratując dla GKM-u wynik 4:2.
Szanse na jakikolwiek punkt zgasły jednak definitywnie w 12. biegu. Kevin Małkiewicz upadł na pierwszym łuku i został słusznie wykluczony. Pozbawiony argumentów GKM potrzebował cudu, ale Stal nie zamierzała wypuszczać szansy z rąk.
Losy meczu i punktu bonusowego rozstrzygnęły się już w 13. wyścigu. Choć formalnie zwycięstwo Stali przypieczętował wygrany Anders Thomsen, to cichym bohaterem okazał się Adam Bednar. Czech, mimo że przyjechał ostatni, rozegrał kapitalny bieg taktyczny – tak zaciekle kąsał i blokował parę gości, że ci musieli dwoić się i troić, by go minąć. W tym czasie Thomsen uciekł do przodu.
Po 13 biegach na tablicy widniał wynik 44:34. Wszystko było jasne. Zrezygnowany i poirytowany trener Kościecha w biegach nominowanych posłał do boju rezerwowego Beau Baileya. Stal dokończyła dzieła zniszczenia, wygrywając wyścigi 14. i 15. w stosunku 5:1. Pogrom stał się faktem – lider opuszcza Gorzów z potężnym bagażem punktowym i masą materiału do przemyśleń.
Plusy i Minusy spotkania
Plusy:
Gorzowska zespołowość (Stal): Kapitalna jazda parą. Zawodnicy tacy jak Pollestad czy Bednar potrafili poświęcić własny wynik, by zabezpieczyć punkty liderom (Holder, Thomsen). Stal u siebie staje się pewniakiem do wysokich wygranych.
Oskar Paluch (Stal): Znakomity występ juniora. Pokonanie Fricke'a i Jepsena Jensena na dystansie pokazuje, że jego punkty mogą ważyć losy meczów w kolejnych rundach. Zapamiętać do zakładów na "H2H juniorów".
Wadim Tarasienko (GKM): Jeden z niewielu jasnych punktów gości. Waleczny do samego końca (akcja na kresce w 11. biegu). Pokazał, że nie pęka na trudnym terenie.
Minusy:
Katastrofa Maksyma Drabika (GKM): Całkowicie zagubiony, wolny i bezradny (wycofany z biegów). Jego dyspozycja drastycznie obniża potencjał punktowy GKM-u na wyjazdach. Obecnie: "under" punktowy do grania w ciemno.
Dziury w składzie i brak rezerw (GKM): Kiedy zawiedzie jeden lider, GKM nie ma kim straszyć. Wprowadzenie Baileya w nominowanych to akt desperacji. Drużyna lidera okazała się "kolosem na glinianych nogach".
Błędy i pech juniorów GKM: Upadek i wykluczenie Małkiewicza w kluczowym momencie meczu odebrało drużynie resztki nadziei na nawiązanie walki.

Nokaut, wielki powrót i przełamanie. Taktyczna analiza starcia w Zielonej Górze.

Dziewiąta runda PGE Ekstraligi 2026 przyniosła starcie, które na długo zapadnie w pamięci kibiców czarnego sportu. Stelmet Falubaz Zielona Góra, po serii bolesnych porażek, rzucił wyzwanie faworyzowanej Betard Sparcie Wrocław. Mecz naszpikowany podtekstami personalnymi, powrotami po kontuzjach i diametralnymi zwrotami akcji zakończył się upragnionym triumfem gospodarzy 47:43, choć goście wywieźli z Grodu Bachusa cenny punkt bonusowy.
Emocje wokół tego pojedynku rosły na długo przed pierwszym biegiem. Główną osią dramaturgii pozasportowej był powrót Piotra Protasiewicza do Zielonej Górze. Legenda miejscowego klubu, która zimą rozstała się z Falubazem w bardzo napiętej atmosferze, po raz pierwszy stanęła w parku maszyn jako menedżer Betard Sparty Wrocław. Dla 51-letniego szkoleniowca wywiezienie korzystnego rezultatu z Grodu Bachusa miało wymiar wybitnie prestiżowy.
Z perspektywy czysto sportowej, kluczowe okazały się meldunki medyczne. Zielonogórzanie wreszcie mogli desygnować do boju swój optymalny skład – po przerwach spowodowanych urazami do zestawienia powrócili lider Dominik Kubera oraz kluczowy junior Damian Ratajczak. Wrocławianie z kolei powitali z powrotem Artioma Łagutę, który uporał się z kontuzją ręki, jednak wciąż musieli radzić sobie bez kontuzjowanych Daniela Bewleya i Mikkela Andersena. Absencję Brytyjczyka sztab Sparty próbował maskować manewrem taktycznym w postaci zastępstwa zawodnika.
Początek spotkania okazał się dla wrocławskiej ekipy absolutnym koszmarem. Gospodarze weszli w mecz z gigantyczną agresją i idealnym przełożeniem motocykli, demolując rywali w pierwszej serii startów. Wynik 19:5 po czterech wyścigach zszokował ekspertów i postawił Betard Spartę pod ścianą. W najczarniejszych scenariuszach wrocławianie nie przewidywali czternastopunktowej straty na tak wczesnym etapie zawodów.
Goście pokazali jednak charakter godny mistrzów. Korekty w ustawieniach i doskonałe wykorzystanie rezerw taktycznych przez Protasiewicza pozwoliły Sparcie natychmiast odpowiedzieć. Kolejna faza zawodów należała do przyjezdnych, którzy systematycznie odrabiali straty, zmniejszając dystans najpierw do stanu 24:18, a po dziewiątym biegu doprowadzając do stanu niemalże remisowego (28:26). Gdy wydawało się, że Sparta ma rywala na widelcu i lada moment odwróci losy meczu, sztab Falubazu i sami zawodnicy wytrzymali ciśnienie. Błyskawiczna riposta w postaci podwójnego zwycięstwa nad świetnym w tym sezonie Bradym Kurtzem pozwoliła miejscowym odzyskać bezpieczny bufor (33:27), który z powodzeniem dowieźli do biegów nominowanych (42:36).
Klucz do ostatecznego sukcesu Falubazu leżał w formacji juniorskiej oraz niesamowitej determinacji w czternastej odsłonie dnia. To wtedy Leon Madsen, mocno krytykowany od początku sezonu 2026 za chimeryczną postawę, wziął na swoje barki ciężar odpowiedzialności. W genialnym stylu odprawił z kwitkiem parę Artiom Łaguta – Maciej Janowski, pieczętując meczowe zwycięstwo Falubazu. Wygrana gości w ostatnim wyścigu (4:2) pozwoliła im jedynie na osłodę w postaci obrony punktu bonusowego.
Mimo wielkiego triumfu i przełamania złej passy zespołu, w parku maszyn gospodarzy buzowały ogromne emocje. Dominik Kubera nie krył sportowej złości na swój indywidualny występ. Jego dorobek mocno nadszarpnęło dotknięcie taśmy, które wybiło go z rytmu. Paradoksalnie jednak, błąd lidera otworzył szansę przed Oskarem Huryszem, który jako rezerwa wygrał podwójnie wraz z partnerem z pary, udowadniając jak wyrównanym i zbalansowanym zespołem dysponował tego dnia Falubaz.
Plusy i Minusy spotkania
Plusy:
Złota formacja juniorska Falubazu: Oskar Hurysz i Damian Ratajczak perfekcyjnie udźwignęli ciężar meczu. Ich punkty, w tym kapitalne wejście Hurysza jako rezerwy za Kuberę na 5:1, stworzyły fundament pod końcowy triumf.
Przebudzenie Leona Madsena: Duńczyk uciszył krytyków w najważniejszym momencie wieczoru. Bezkompromisowe zwycięstwo w 14. biegu nad liderami Sparty przypieczętowało wygraną Falubazu.
Heroiczny powrót Sparty Wrocław: Wyciągnięcie wyniku z katastrofalnego 5:19 na 26:28 dowodzi ogromnego potencjału mentalnego i taktycznego drużyny, co ostatecznie zaowocowało uratowaniem cennego punktu bonusowego.
Wyrównany kolektyw gospodarzy: Mimo słabszego i pełnego pecha dnia Kubery, zespół z Zielonej Góry potrafił wzajemnie asekurować swoje potknięcia, jadąc bardzo równy mecz.
Minusy:
Fatalna postawa Bartłomieja Kowalskiego: Najsłabsze ogniwo formacji seniorskiej gości. Popełniał proste błędy na trasie – zarówno w 8., jak i 13. biegu łatwo dawał się ogrywać rywalom (m.in. Huryszowi i Ratajczakowi), tracąc punkty kluczowe dla końcowego sukcesu.
Koszmarny początek Betard Sparty: Przegrana pierwszej serii aż 5:19 zdeterminowała przebieg całego spotkania. Brak odpowiedniej koncentracji i błędne dopasowanie sprzętowe na starcie kosztowało wrocławian utratę szans na zwycięstwo meczowe.
Frustracja i błędy Dominika Kubery: Lider Falubazu po powrocie z kontuzji zaliczył kosztowną wpadkę z dotknięciem taśmy. Choć zespół wygrał, samokrytyka zawodnika pokazuje, że oczekiwał od siebie znacznie więcej.
Wpadki taktyczne Brady’ego Kurtza: Australijczyk zanotował bardzo kosztowne straty punktowe w kluczowych momentach rywalizacji, w tym dał się podwójnie przywieźć do mety w fazie, w której Sparta bezpośrednio goniła wynik.

Pogrom na Motoarenie: PRES Grupa Deweloperska demoluje mistrzów z Lublina!

Zapowiadany jako absolutny hit dziewiątej kolejki PGE Ekstraligi pojedynek aktualnego mistrza z wicemistrzem Polski przyniósł rozstrzygnięcie, którego nie spodziewali się nawet najwięksi optymiści w Grodzie Kopernika. PRES Grupa Deweloperska Toruń brutalnie znokautowała Orlen Oil Motor Lublin 61:29. Tym samym podopieczni Piotra Barona nie tylko zrewanżowali się za poprzednie porażki, ale rzutem na taśmę odrobili straty z pierwszego spotkania (95:85 w dwumeczu), zgarniając bezcenny punkt bonusowy. Dla gości z Lublina, którzy musieli radzić sobie bez Fredrika Lindgrena, niedzielny wieczór okazał się wizerunkową i sportową katastrofą.
Toruńska Motoarena ponownie stała się prawdziwą twierdzą. Gospodarze uderzyli z potężną siłą już w pierwszej serii startów, którą otworzyły dwa podwójne zwycięstwa. Wynik 10:2 po dwóch gonitwach ustawił dynamikę całego spotkania. Najpierw klasę pokazali Patryk Dudek i Norick Bloedorn, a chwilę później toruńscy juniorzy – Antoni Kawczyński oraz Mikołaj Duchiński – całkowicie zaskoczyli formację młodzieżową Motoru.
Prawdziwe emocje i wielkie ściganie rozpoczęły się w trzecim wyścigu. Choć Bartosz Zmarzlik popisał się najlepszym refleksem na starcie, wściekła pogoń Emila Sajfutdinowa przyniosła skutek na dystansie – lider gospodarzy widowiskowo minął aktualnego mistrza świata. Sztab szkoleniowy Motoru pod wodzą Macieja Kuciapy próbował natychmiast ratować sytuację, desygnując Zmarzlika jako rezerwę taktyczną tuż po pierwszej przerwie. Sześciokrotny mistrz globu dowiózł bezapelacyjną „trójkę”, jednak jego koledzy z pary zawiedli na całej linii – Martin Vaculik minął linię mety jako ostatni, co stało się bolesnym symbolem dyspozycji Słowaka w tym meczu.
Niezwykły spektakl na dystansie fundował kibicom Emil Sajfutdinow, który zdobył 12 punktów w czterech startach. W ósmej gonitwie Rosjanin z polskim paszportem dwoił się i troił za plecami Kacpra Woryny. Gdy ataki przy krawężniku nie przynosiły rezultatu, na czwartym okrążeniu napędził się po szerokiej i popisowym przycięciem do wirażu wydarł zwycięstwo o długość motocykla. Po dziewiątym biegu, wygranym przez duet Lambert-Dudek w stosunku 5:1, przewaga urosła do stanu 34:20. W tym momencie jasne stało się, że realne staje się odrobienie 22 punktów straty z pierwszego spotkania.
W 12. biegu doszło do sporej kontrowersji – Norick Bloedorn mocno przyciął do krawężnika na wejściu w łuk, co zmusiło Mateusza Cierniaka do szerokiego wyjazdu i skutkowało upadkiem zawodnika gości. Arbiter uznał jednak, że upadek nie był bezpośrednim efektem faulu Niemca i zaliczył gospodarzom wynik 5:1. Dzieła zniszczenia w 13. gonitwie dopełnił duet Sajfutdinow-Lambert, który bez problemów ograł bezradnego w tym biegu Zmarzlika. Trzy podwójne wygrane gospodarzy z rzędu w końcowej fazie zawodów przypieczętowały totalny nokaut. Motor Lublin przez fatalną jazdę stracił bonus i mocno oddalił się od fazy play-off, a za tydzień czeka ich kluczowy wyjazd do Zielonej Góry.
Plusy i minusy spotkania
Plusy
Emil Sajfutdinow (Toruń): Absolutny profesor i król Motoareny (12 pkt). Widowiskowy na dystansie, mijał Zmarzlika oraz Worynę z dziecinną łatwością.
Formacja juniorska PRES-u: Atomowy początek w wykonaniu Kawczyńskiego i Duchińskiego (5:1) odebrał rywalom pewność siebie już na starcie zawodów.
Zbilansowany zespół Piotra Barona: Świetna, spójna jazda parą (Dudek, Lambert, Bloedorn) i perfekcyjne wykorzystanie atutu własnego nawierzchni.
Ambicja Bartosza Zmarzlika (Lublin): Jako jedyny podjął walkę z toruńską nawałnicą. Wygrywał biegi indywidualnie, dwoił się i troił, ratując honor bezradnych mistrzów Polski.
Minusy
Katastrofalny Martin Vaculik (Lublin): Największe rozczarowanie meczu. Słowak dwukrotnie przyjeżdżał na końcu stawki, będąc kompletnie bezradnym i wolnym.
Druga linia i taktyka Motoru: Poza Zmarzlikiem zespół Macieja Kuciapy nie istniał. Brak wsparcia ze strony Woryny i słabsza dyspozycja Michelsena obnażyły brak kontuzjowanego Lindgrena.
Roztrwoniony punkt bonusowy: Przegrać mecz wyjazdowy to jedno, ale stracić 22-punktową zaliczkę z pierwszego spotkania i ulec aż 29:61 to dla Motoru sportowy dramat, który komplikuje ich sytuację w tabeli.
Przespana pierwsza seria gości: Katastrofalny początek (2:10) odebrał Lublinianom jakiekolwiek argumenty do walki w dalszej części meczu.

Autor: Red.Naczelny Piotr Jankowski