PODSUMOWANIE SPEEDWAY EKTRALIGA RUNDA 5

Podsumowanie speedway ekstraligi runda 5. wyniki meczów 5 rundy speedway ekstraligi.
Fot: Speedway Typer

Dominacja "Aniołów" na Motoarenie.

W piątkowy wieczór toruńska Motoarena gościła zawodników PGE Ekstraligi. Miejscowa ekipa PRES Grupa Deweloperska Toruń w ramach 5. kolejki spotkała się ze Stelmetem Falubazem Zielona Góra. Gospodarze nie dali szans przyjezdnym, pewnie zwyciężając 54:36.

Spotkanie od początku układało się po myśli torunian. Już po pierwszej serii startów prowadzili 14:10, a ich przewaga systematycznie rosła. Kluczowa dla losów meczu okazała się stabilna forma liderów gospodarzy oraz świetna postawa formacji juniorskiej, która w drugim biegu dnia wygrała podwójnie, nadając ton dalszej rywalizacji.

Niekwestionowanym bohaterem wieczoru był Robert Lambert. Brytyjczyk był tego dnia nieuchwytny dla rywali, kończąc zawody z kompletem 15 punktów. Równie widowiskowo jeździł Emil Sajfutdinow (10+2), który popisał się kilkoma skutecznymi atakami na dystansie, m.in. w 3. biegu, gdzie z ostatniej pozycji przebił się na drugą lokatę. Solidne zawody odjechał także Patryk Dudek, zdobywca 9 punktów i bonusu.

Falubaz szukał recepty, ale bezskutecznie

Ekipa z Zielonej Góry, która walczy o oddalenie się od dołu tabeli, miała w swoich szeregach jasne punkty, ale to nie wystarczyło na rozpędzone "Anioły". Najskuteczniejszym zawodnikiem gości był Przemysław Pawlicki (10+1), który jako jedyny potrafił regularnie nawiązywać walkę z gospodarzami. Andrzej Lebiediew (9+2) miewał przebłyski, wygrywając dwa biegi w końcówce meczu, jednak upadek i wykluczenie w 4. gonitwie nieco podcięły mu skrzydła. Poniżej oczekiwań zaprezentował się Dominik Kubera, który w sześciu startach uzbierał jedynie 5 "oczek".

Choć wynik końcowy sugeruje jednostronne widowisko, kibice zgromadzeni na Motoarenie nie mogli narzekać na nudę. Szczególnie pasjonujący był 12. bieg, w którym zawodnicy kilkukrotnie tasowali się na pozycjach, a torunianie Antoni Kawczyński i Norick Bloedorn ostatecznie dowieźli do mety podwójne zwycięstwo.

Dzięki tej wygranej PRES Grupa Deweloperska Toruń umocniła swoją pozycję w czubie tabeli, potwierdzając aspiracje do walki o najwyższe cele. Z kolei Falubaz pozostaje w trudnej sytuacji i będzie musiał szukać punktów w nadchodzących spotkaniach, by uniknąć walki o utrzymanie.

 

Twierdza Grudziądz niezdobyta. GKM pokonuje osłabioną Unię Leszno

W piątkowym starciu na torze w Grudziądzu miejscowy Bayersystem GKM zmierzył się z Fogo Unią Leszno. Mimo ambitnej postawy gości i ogromnego poświęcenia Piotra Pawlickiego, to gospodarze dopisali do swojego konta cenne punkty, wygrywając spotkanie 50:40.

Mecz od pierwszej minuty zapowiadał się jako zacięta walka o ligowe punkty. Drużyna z Leszna musiała radzić sobie bez swojego lidera, Janusza Kołodzieja, co wymusiło na sztabie szkoleniowym stosowanie zastępstwa zawodnika. Gospodarze z kolei chcieli zrehabilitować się za wcześniejsze niepowodzenia.

Kluczem do zwycięstwa grudziądzan była wyrównana forma liderów. Bardzo dobre zawody odjechał Michael Jepsen Jensen, który zgromadził 13 punktów, przegrywając tylko z rywalami w jednym biegu. Formą błysnął także Max Fricke (10+1), który po słabszym początku sezonu w końcu odnalazł odpowiednie ustawienia. Ważne punkty dorzucili juniorzy, w tym Bastian Pedersen i Kevin Małkiewicz, co pozwoliło GKM-owi kontrolować przebieg spotkania.

Najwięcej emocji dostarczyła jednak postawa Piotra Pawlickiego. W 5. wyścigu reprezentant gości uległ groźnie wyglądającemu wypadkowi, uderzając w drewnianą bandę. Choć sytuacja wyglądała dramatycznie, popularny "Piter" nie tylko podniósł się o własnych siłach, ale mimo urazu kostki kontynuował zawody. Jego ambicja była imponująca – Pawlicki dwoił się i troił na torze, kończąc mecz z dorobkiem 13 punktów. Dzielnie wspierał go młody Nazar Parnicki (11 pkt), który kilkukrotnie zaskakiwał rutynowanych zawodników gospodarzy.

Mimo zrywów Unii, GKM systematycznie budował swoją przewagę. Przed biegami nominowanymi grudziądzanie prowadzili ośmioma punktami (43:35), co dawało im pewien komfort. W 14. gonitwie kropkę nad "i" postawił Wadim Tarasienko, który rozdzielił parę gości i zapewnił swojej drużynie meczowe zwycięstwo. Ostatni akord należał do pary Fricke-Jensen, która podwójnym zwycięstwem przypieczętowała wynik spotkania.

Dla GKM-u to niezwykle ważna wygrana, która poprawia ich nastroje i sytuację w tabeli PGE Ekstraligi. Unia Leszno, mimo porażki, pozostawiła po sobie dobre wrażenie, a heroizm Pawlickiego z pewnością zostanie zapamiętany przez kibiców jako jeden z najmocniejszych punktów tego wieczoru.

 

Pogrom pod Jasną Górą. Stal Gorzów bezlitosna dla Włókniarza

Niedzielne popołudnie na stadionie w Częstochowie miało być dla miejscowego Krono-Plast Włókniarza szansą na przełamanie i odbicie się od ligowego dna. Zamiast święta żużla kibice "Lwów" przeżyli jednak prawdziwy koszmar. Przyjezdna ekipa Gezet Stali Gorzów zdominowała zawody od pierwszego biegu, wygrywając wysoko 31:59.

Spotkanie 5. kolejki PGE Ekstraligi zapowiadało się jako pojedynek o "sześć punktów" w kontekście walki o utrzymanie. Szybko okazało się jednak, że obie drużyny dzieli tego dnia sportowa przepaść. Gorzowianie od samego początku czuli się na częstochowskim owalu jak u siebie, systematycznie powiększając przewagę.

Gospodarze kompletnie nie radzili sobie ze startami, a ich motocykle na tle maszyn rywali wyglądały na niezwykle wolne. Symbolem niemocy Włókniarza była pierwsza seria startów, w której Stal wygrywała seryjnie. Już po czterech biegach wynik brzmiał 4:20 dla gości, co wprawiło miejscowych fanów w osłupienie. Częstochowianie na pierwsze biegowe zwycięstwo musieli czekać aż do 6. gonitwy, kiedy to Jakub Miśkowiak zdołał przedzielić parę rywali.

W zespole Stali każdy trybik funkcjonował bez zarzutu. Niekwestionowanym liderem był Jack Holder, który zawody zakończył z dorobkiem 14 punktów, oddając tylko jedno "oczko" rywalom. Wspierał go Anders Thomsen (10+2), a niezwykle skuteczną drugą linię tworzyli Paweł Przedpełski i Mathias Pollestad. Sensacją wieczoru była jednak postawa młodego Adama Bednara. Czech, jadąc jako rezerwowy, zanotował kapitalny występ (11+3), pokazując plecy znacznie bardziej doświadczonym zawodnikom gospodarzy.

W ekipie Włókniarza trudno było szukać pozytywów. Jedynym zawodnikiem, który starał się nawiązać walkę z rozpędzonymi gośćmi, był Jaimon Lidsey (9 pkt), choć i on zanotował pechowe wykluczenie za dotknięcie taśmy w swoim pierwszym starcie. Jakub Miśkowiak dorzucił 8 punktów, ale to było zdecydowanie za mało, by zatrzymać gorzowski walec. Całkowicie zawiedli Sebastian Szostak oraz Mads Hansen, którzy seryjnie przywozili "zera".

Biegi nominowane były tylko formalnością. Stal nie zamierzała jednak zwalniać tempa. W 13. biegu para Thomsen-Holder wygrała podwójnie, ostatecznie grzebiąc jakiekolwiek nadzieje gospodarzy na przyzwoity wynik. Mecz zakończył się wynikiem 31:59, co jest jedną z najwyższych porażek Włókniarza na własnym torze w ostatnich latach.

Dla Stali Gorzów to zwycięstwo jest potężnym zastrzykiem pewności siebie i ważnym krokiem w stronę bezpiecznych rejonów tabeli. Włókniarz Częstochowa pozostaje natomiast w głębokim kryzysie i musi błyskawicznie szukać recepty na poprawę formy, jeśli chce myśleć o uniknięciu spadku z elity.

 

Koniec obaw w Lublinie. Motor zdemolował Spartę, mistrzowska forma potwierdzona

Przed niedzielnym hitem PGE Ekstraligi w obozie Orlen Oil Motoru Lublin dało się wyczuć lekką nutę niepewności. Menedżer Jacek Ziółkowski nie krył obaw przed starciem z wrocławską Spartą, jednak rzeczywistość na torze szybko zweryfikowała te przedmeczowe lęki. Lublinianie nie tylko wygrali, ale wręcz rozbili rywali 55:35, udowadniając, że na własnym torze są niemal nietykalni.

Pojedynek dwóch najbardziej utytułowanych drużyn ostatnich lat miał być wyrównanym widowiskiem, jednak po kilku biegach stało się jasne, że wrocławianie tego dnia nie znajdą recepty na niezwykle szybkich „Koziołków”.

Obawy gospodarzy mogły wydawać się uzasadnione jedynie przez pierwsze minuty. Wrocławianie próbowali szukać swoich szans, ale Motor bardzo szybko przejął kontrolę nad wydarzeniami. Kluczem do sukcesu okazała się doskonała praca całego zespołu. Gdy tylko liderzy Sparty, na czele z Artiomem Łagutą, próbowali nawiązać walkę, lublinianie odpowiadali atomowymi startami i mądrą jazdą parową.

Bartosz Zmarzlik (14+1) po raz kolejny był centralną postacią widowiska. Jego jazda była pokazem czystej mocy i inteligencji torowej. Brytyjczyk Fredrik Lindgren (12 pkt) dzielnie mu sekundował, a Jacek Holder oraz Dominik Kubera dorzucali ważne punkty w momentach, gdy Sparta próbowała odrabiać straty.

Lubelscy zawodnicy odczytali zmieniające się warunki torowe, co było bolączką przyjezdnych. Wrocławianie, z wyjątkiem Łaguty, wyglądali na zagubionych w poszukiwaniu odpowiednich ustawień sprzętowych.

To, co wyróżnia Motor na tle reszty ligi, to niewątpliwie siła ich młodzieży. Ich punkty nie tylko budowały przewagę, ale też dawały komfort psychiczny starszym kolegom z drużyny. W obliczu tak silnej drugiej linii i juniorów, Sparta – mimo ambitnej postawy Dana Bewleya – nie była w stanie nawiązać wyrównanej walki w drugiej fazie zawodów.

Wynik 55:35 to jasny komunikat wysłany w stronę Wrocławia i całej PGE Ekstraligi. Motor Lublin rozwiał wszelkie wątpliwości co do swojej dyspozycji i pokazał, że obawy menedżera Ziółkowskiego, choć świadczące o respektowaniu rywala, były przedwczesne. Lubelska maszyna działa bez zarzutu i pewnie zmierza po kolejny tytuł.